czwartek, 18 czerwca 2009

Rozdział 1, część 4

- Cześć, mamo! - burknęłam niewyraźnie z pochyloną głową i wzrokiem skierowanym w lśniącą czystością podłogę koloru kwiatu wanilii.
- Cześć - odpowiedział mi beznamiętny głos dobiegający z kuchni - obiad stygnie.
Na kilkanaście sekund zatrzymałam powietrze w płucach. Kręcące się w oczach łzy wsiąkły już na tyle głęboko, że mogłam podejść do stołu. Jednak na wszelki wypadek zdecydowałam się nie unosić głowy.
- No chodźże szybciej, córciu. Specjalnie dla ciebie zrobiłam indyka w śliwkach.

Zwykle wręcz ubóstwiałam indyka w śliwkach, ale tym razem zamiast cieknącej łakomie śliny wyraźnie poczułam, jak zbiera mi się na wymioty. Smętnie przycupnęłam na świeżo umytym krześle i skierowałam oczy w sam środek talerza, czekając na powrót apetytu.
- Co cię gnębi, Rosie? - zatroskała się mama - Chcesz ze mną porozmawiać?
Przez ułamek sekundy zdążyłam przeanalizować i stanowczo odrzucić tę propozycję. Co osoba, która prawdopodobnie nie ma pojęcia, kto jest ojcem jej rodzonego dziecka, może wiedzieć o Prawdziwej Miłości, i to od pierwszego wejrzenia?
- Hmm... Może zadzwoń do Kimberley, ona zawsze umie cię rozbawić.

Perspektywa porozmawiania z Kim, moją najdroższą i najwspanialszą przyjaciółką od kołyski, wydała mi się znacznie przyjemniejsza.
- Siemanko, kochana! Co tam u ciebie?
- Witaj, ma droga! Jak tam twoja nowa szkoła? Bo widzisz, do naszej klasy doszło trochę nowych osób. Na przykład taka śmieszna Angelika. Wiesz, jak ona się ubiera? Nosi takie białe bluzki, jak ja miałam na balu w piątej klasie, i spódnice na gumkę i...
Z całej siły zmuszałam się do słuchania tej radosnej paplaniny. Po kilku minutach zaczęłam się nawet uśmiechać. Niemalże zapomniałam o wydarzeniach poranka, gdy niespodziewanie ziemia osunęła mi się spod nóg. Runęłam twarzą do przodu jak ścięte drzewo, bezwiednie odrzucając telefon za siebie. Zacisnęłam powieki i wymacałam dłońmi powierzchnię, na której leżałam.
Przypominała gładki, chłodny i niewzruszony marmur. Uchyliłam lewe oko i zadygotałam w spazmie szoku. Zdałam sobie sprawę, że znajduję się na czyimś grobie.

8 komentarzy:

  1. Przepraszam za długą przerwę. Oto wracam z ciągiem dalszym, ten fragment jest nieco denny, ale już w przyszłym tygodniu fragment piąty - zapowiada się ciekawie...
    Od września postaram się pisać regularnie, np co dwa tygodnie w niedzielę.

    OdpowiedzUsuń
  2. cudo! wreszcie zaczyna się coś dziać. Tylko proszę o dłuższe fragmenty :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest dosyć żałosne. Brzmi jak Zmierzch, a nie jego parodia

    OdpowiedzUsuń
  4. strasznie to... powierzchowne.
    zakochac sie wylacznie w czyims wygladzie, oczekujac przy tym,ze ktos pokocha nasze wnetrze (zakladajac,ze jest co)... nie dostrzegasz sprzecznosci? ;)

    mierne to bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochanie, to jest parodia! To nie ma być mądre.

    OdpowiedzUsuń
  6. co z tego , że to parodia ! w tym rzecz , że parodia ma być mądra i obalać Zmierzch na kolana , a jak na razie bardziej podoba mi się to wyżej wymienione niż to , co napisałaś .
    poza tym parodia powinna bardziej trzymać się oryginału . chyba chodzi raczej o parodiowanie pewnych scen , a nie pisanie wszystkiego po swojemu .

    OdpowiedzUsuń
  7. czytelnik nade mną ma całkowitą rację. Twoja opowieść nie przedstawia nic nowego, nie jest śmieszne a to przecież główny cel parodii o.O parodia powinna kpić z oryginały, wyśmiewać go. a ty piszesz jakieś ckliwe g.... :|

    OdpowiedzUsuń
  8. póki co parodia nie trzyma się za bardzo oryginału, ponieważ jest raczej prześmiewczą trawestacją. Nawiązania staną się oczywiste za jakiś czas.
    Ana, dodaj coś nowego n_n

    OdpowiedzUsuń